Airborne
zulusmjz.blog.interia.pl
"Airborne" - tak pilot samolotu melduje się do kontroli lotów chwilę po starcie. Wielu wydaje się, że te słowa mogą powiedzieć tylko nieliczni, wtajemniczeni, obdarzeni nadzwyczajnymi umiejętnościami. To nie jest prawda! Latanie nie wymaga ogromnej wiedzy i nadzwyczajnych zdolności. W moim blogu pomogę Wam zrozumieć świat, widziany z perspektywy kilku kilometrów nad ziemią.



<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Notki
Wiosna po długiej i mrocznej zimie 2012-04-24
Witajcie,

Mój blog trochę przysnął, przyznaję. Ale tak bywa też z lataniem, jeżeli nie robi się tego zawodowo. Sprawa Smoleńska już dawno mi obrzydła – od ponad roku zajmują się nią głownie politycy, a nie eksperci, a z politykami, którzy bez zawahania z wstrząsów zarejestrowanych przez czarne skrzynki robią wybuchy a z braku potwierdzenia obecności gen. Błasika w kokpicie – potwierdzenie jego nieobecność – dyskutować nie zamierzam!

Jesienią miałem „własną” katastrofę do analizowania: w czasie wyprawy do Rumunii leciałem tuż koło ultralekkiego samolotu Zodiac, który rozbił się koło Gorlic, przed słowacką granicą. Dużo by na ten temat pisać, ale innym razem. W każdym razie ta sprawa, a także problemy finansowe spowodowały, że od jesieni nie miałem okazji spojrzeć na świat z góry! Dopiero kilka tygodni temu zrobiłem w Mielcu KTP i KWT (kontrolę techniki pilotażu, czyli lot sprawdzający z instruktorem, oraz kontrolę wiedzy teoretycznej – taki mini egzamin, czy jeszcze wiem, dlaczego samolot lata :) - piloci powinni przechodzić takie sprawdziany co roku, choć w obecnych przepisach nie jest to już ściśle wymagane). I wiecie co? Instruktor powiedział, że jeszcze umiem latać… :)

Ufff… to dobrze, bo nadeszła wiosna, a wraz z nią optymizm. W czasie długiego weekendu majowego wybieram się z grupą pilotów na Węgry, oczywiście samolotem. A w dalszej perspektywie być może wyprawa… na północ, daleko na północ. Ale o tym już niebawem!

Jak to mówią kontrolerzy lotów przez radio: ”monitor this frequency” („prowadź nasłuch na tej częstotliwości”).

Do miłego,
MJZ

ULC sam nie wie, nad czym pracuje... 2011-06-15
Parę dni temu (9 VI) pisałem o „Urzędzie Przeciwlotniczym” i jego działaniach, które skutecznie „uwaliły” tegoroczny Piknik Lotniczy w Krakowie. Właściwie miałem zachować sobie relacje z mojej polemiki z ULC w tym temacie na kolejny, lipcowy numer Just Fly Magazine (kto jeszcze nie wie, zamieszczam tam co miesiąc m.in. felietony). Ale dziś, po otwarciu kolejnego maila od p. Kariny Lisowskiej, rzeczniczki Urzędu, nie wytrzymałem. To, co wypisuje osoba, zatrudniona w tym urzędzie za pieniądze podatników, a przede wszystkim pilotów, można streścić krótko: „nie wie prawica, co czyni lewica”.

Zapytałem p. Lisowską, czemu Prezes ULC uchylił wytyczne dotyczące pokazów lotniczych z końcem maja, podczas gdy w czerwcu odbywają się trzy wielkie imprezy. Zwróciłem uwagę, że przecież o wadach w „wytycznych” mówi się co najmniej od dwóch lat. Oto co mi odpisała:

Informuję, że nie były prowadzone prace nad kolejnymi wytycznymi do pokazów. Jeśli ma Pan takie informacje proszę skierować pytanie do źródła.

A teraz zapraszam tutaj: http://www.ulc.gov.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=790. Dla leniwych:

Wytyczne dot. pokazów lotniczych - 24.07.2009. Urząd Lotnictwa Cywilnego przekazuje do konsultacji projekt Wytycznych w sprawie zasad organizacji i prowadzenia pokazów lotniczych. Zachęcamy Państwa do zgłaszania uwag do projektu.


Teraz rozumiem, czemu strona ULC ma słabe wyniki oglądalności. Nie czytają jej nawet urzędnicy biura prasowego tego urzędu. Pani Lisowska albo celowo wciska nam kit (nota bene na moje pozostałe pytania odpowiedziała, cytując mniej więcej połowę objętości Prawa Lotniczego, ale niestety nie za bardzo na temat…), albo…. Nie, nie napiszę tego, przez szacunek dla kobiet.

Zresztą nie zdarza się jej to pierwszy raz. W listopadzie poskarżyłem się ULC, że Ukraina, wbrew międzynarodowym konwencjom, nie wydała mi zgody na wlot do swojej przestrzeni powietrznej. Odpowiedź p. Lisowskiej była mniej więcej tak: Żadne państwo nie ma prawa wymagać od pilotów zgody na lot niehandlowy, ale ULC musi uszanować fakt, że Ukraina takiej zgody wymaga. A tak w ogóle, to nie mamy informacji o żadnych problemach…

Na moje oko sprawa pokazów wygląda mniej więcej tak: ULC już dwa lata temu wiedział, że wytyczne są błędem, bowiem Prezes ustalał w nich wyjątki od przepisów rozporządzenia, podpisanego przez Ministra. W żadnej firmie taki numer nie przejdzie… Początkowo próbowano załatwić sprawę nową wersją dokumentu, ale z jakiś przyczyn odpuszczono. Miesiąc temu ktoś w Urzędzie przeczytał informacje prasowe o nadchodzących imprezach i przypomniał sobie, że sprawa jest niezałatwiona. I zaczął, przepraszam za wyrażenie, „robić w portki” – bo jak na którymś z pokazów coś się stanie, to zacznie się analiza podstaw prawnych przeprowadzania pokazów i wyjdzie czarno na białym, że ULC posługuje się od lat „wytycznymi”, doskonale wiedząc, że są sprzeczne z prawem. Tak więc jednym krótkim „anuluję” Prezes zatuszował urzędnicze pomyłki i zaniechania, a że zapłacą za to organizatorzy pikników… cóż, jak wiadomo, wszyscy związani z lotnictwem siedzą na kasie….

Post scritum do tej historii. Wczoraj LOT odwołał przelot swojego Boeinga 767 na niskiej wysokości nad Wisłą w czasie Płockiego Pikniku Lotniczego w najbliższy weekend. To miała być główna atrakcja… Oficjalnie zadecydowały kwestie „operacyjne” (brak rezerwy samolotów w LOT).  Cóż, urzędnicy z ul. Flisa na pewno na tym nie ucierpią. Nad ich biurowcem (koło Okęcia) B767 przelatuje kilka razy dziennie. Zresztą mało kto wierzy już, że ich samoloty w ogóle interesują.
Smoleńska kalka informacyjna 2011-06-09
Technicy z wieży podali pilotom współrzędne, ale ci ich nie usłyszeli, bo piloci mieli zainstalowane specjalne urządzenia do komunikacji między sobą, a poza tym nie znali lotniska. Tak – w dużym skrócie, w skrócie, TVN24 relacjonuje rewelacje hiszpańskiej prasy na temat niedawnej katastrofy dwóch polskich lekkich samolotów w Asturii (cały tekst: http://www.tvn24.pl/1,1706126,druk.html). Biorę ten tekst na warsztat, bo nienawidzę, gdy moi koledzy dziennikarze idą po najmniejszej linii oporu. Wyszukana informacja na agencjach lub w Internecie – CTRL-C, CTRL-V do jakiegoś translatora, wynik tłumaczenia lekko poprawiony stylistycznie i mamy gotowego newsa. Wprawdzie ktokolwiek, kto o lotnictwie wie więcej, niż to, że samolot ma dwa skrzydła, uzna to za stek bzdur – ale kto by się tym przejmował! Newsy produkuje się taśmowo, nie ma czasu zadzwonić do eksperta czy nawet poszperać w Internecie.

Każdy kij ma dwa końce. Autor wspomnianego tekstu dostarczył mi niebywałej rozrywki intelektualnej: spróbowałem odgadnąć, co tak NAPRAWDĘ napisała hiszpańska prasa. Na szczęście okazało się to nie takie trudne…

„Wieża kontrolna podała pilotom współrzędne i nakazała im odlecieć. Zignorowali to.
” W tym zdaniu przede wszystkim musimy jak najszybciej pozbyć się słowa „współrzędne”. Współrzędne niby czego? Lotniska? Skoro mają odlecieć, to po co? Poza tym do żadnych współczesnych przyrządów nawigacyjnych nie wpisuje się dzisiaj współrzędnych (spróbujcie kiedyś zapisać gdzieś bezbłędnie co najmniej 12 cyfr podanych przez radio…), ale literowe kody lotnisk i punktów nawigacyjnych (do 5 liter), a wewnętrzna baza danych zamienia je na współrzędne geograficzne. Poza tym po co mieliby podawać im współrzędne lotniska, na którym zabronili właśnie lądować? Najprawdopodobniej chodzi o hiszpańskie słowo „directrices” które ktoś błędnie uznał za współrzędne, podczas gdy oznacza instrukcje, wytyczne, co piloci mają robić w sytuacji, gdy pogoda uniemożliwia lądowanie.

Druga wątpliwość dotyczy owego zignorowania. Sprawa jest bardzo dziwna, bo lotnisko w Asturii to lotnisko kontrolowane, położone w przestrzeni powietrznej klasy D. Wlot do przestrzeni klasy D wymaga każdorazowo zgodny służb kontroli ruchu lotniczego i każdy pilot, nawet ze świeżo wydaną licencją, o tym wie. Przed wlotem należy zgłosić się przez radio i w wieża odpowiada: „cleared to enter controlled airspace” albo „not cleared”. Nie znam pilota, który świadomie zignorowałby zakaz wlotu. Za to się natychmiast zawiesza licencję. Czy więc na pewno był to „nakaz”? A może jednak tylko sugestia (tak robi się często, gdy warunki do lądowania są „na granicy” – dla jednego samolotu i pilota akceptowalne, dla drugiego nie).

Kolejny kwiatek: „Awionetki miały zainstalowany wewnętrzny system radiowy. Wszystko wskazuje na to, że tuż przed dwoma wypadkami piloci rozmawiali ze sobą, a nie z technikami z wieży kontrolnej". Nazywanie osób pracujących na wieży lotniska kontrolowanego „technikami” jest grubym nietaktem, technicy to tam naprawiają komputery czy cieknące krany. Ale mówienie o jakimś enigmatycznym „wewnętrznym systemie radiowym” to już kompletne niezrozumienie tematu. Samolot ma po prostu radiostacje, zazwyczaj dwie (na wszelki wypadek). Przez radiostacje można rozmawiać z wieżą, ale można rozmawiać też między sobą. Normalnie prywatnych pogawędek na głównym kanale się nie robi, bo przeszkadzałyby w komunikacji kontroli lotów z samolotami. Więc najprawdopodobniej na drugim radiu ustawili sobie jakąś wolną częstotliwość i na niej naradzali się, co robić dalej. Tyle, że to procedura absolutnie normalna i dopuszczona, pod warunkiem, że słucha się również tego, co dzieje się na głównej częstotliwości (jak najbardziej jest możliwość ustawienia odsłuchu z obu częstotliwości na te same słuchawki). I to jest sedno sprawy: dlaczego piloci nie prowadzili nasłuchu na głównej częstotliwości?

"Do tragedii, oprócz złej widoczności, przyczyniło się to, że piloci nie znali lotniska i nie mieli go wyszczególnionego w planie lotu”. Trudno poważnie traktować coś takiego za przyczynę katastrofy. Codziennie na całym świecie piloci lądują na zupełnie innym lotnisku, niż sobie zaplanowali, np. z powodu mgły, burzy czy zamknięcia portu docelowego. Nie rzadko zdarza się, że jest to pierwsze lądowanie danego kapitana w tym miejscu. Ale od czego są mapy, dane w bazach nawigacyjnych, a także instrukcje od kontrolerów z wieży? Gdyby w lotnictwie istniało założenie „albo dolecę do celu, albo się rozbiję” - nikt nie latałby samolotami.

Na koniec wbiję jeszcze jedną szpilę autorowi. „Celem podróży była miejscowość (…) Oporto”. Nie miejscowość, tylko drugie co do wielkości miasto Portugalii, zwane w chyba w każdym języku świata, z wyjątkiem angielskiego, po prostu „Porto”. Geografia się kłania, nie tylko wiedza lotnicza.

Wiem, że po Smoleńsku istnieje duża skłonność do uznawania, że polski pilot to taki, który nie słucha niczyich poleceń i nie myśląc pakuje się prosto w gęstą mglę. Więc wiele osób już uznało, że ten wypadek miał podobną przyczynę, jak katastrofa Tu-154. A że historia się kupy nie trzyma – jak to mówią „gdy teoria nie potwierdza faktów, to tym gorzej dla… faktów”.


O mnie
zulusmjz
37
,
Kraków
Słówko o mnie
Zawodowo zajmuję się wyjaśnianiem świata. Jestem dziennikarzem. W czasie wolnym podziwiam świat z perspektywy kilkuset metrów nad ziemią. Jestem pilotem.
Zobacz mój profil
Tomek i JaWiększość zdjęc w moim blogu wykonał Tomek Toboła (ten po lewej), wspaniały fotograf i mój przyjeciel, z którym najczęściej dzielę miejsce w kokpicie samolotu.


Księga gości
 
Zobacz serwisy INTERIA.PL